Strona główna   Ziemia Lipnicka www.lipnicamurowana.pl 
 
Ochotnicza Straż Pożarna w Lipnicy Dolnej

         Ochotniczą Straż Pożarną  założono w Lipnicy Murowanej w 1884 roku i trzeba było aż 30 lat by podobną jednostkę utworzyć w Lipnicy Dolnej. Była to mała grupka ludzi zebrana z inicjatywy pana Marszalika, naczelnika poczty. Jednostka bez żadnego wyposażenia pod dowództwem Andrzeja Pałki.

         Początkowo do zadań tej formacji należała koordynacja w czasie pożarów ludności biorącej udział w gaszeniu. Pierwsi druhowie to: Szymon Piech, Józef Plewa, Andrzej Wieciech, Szymon Serfin, Andrzej Kędryna, Karol Obal, Józef Grzybek i wielu innych. Ludzie odchodzą, ulotna pamięć zaciera ślady.

 

 

         Dopiero 2 sierpnia 1917 r. dokonuje się zakup sikawki 4 – kołowej w Krajowym Związku OSP we Lwowie. Sikawka ta wraz z kilkoma wężami czyni z tej jednostki już Straż Pożarną z prawdziwego zdarzenia. Po paru latach zakupiono beczkowóz i w 1924 sztandar. Rok 1924, jak wynika z raportów był przełomowym w historii tej jednostki, ponieważ w tym właśnie roku zarząd podjął również decyzję o założeniu orkiestry dętej i dlatego też dokonano zakupu bębna, czyneli, basu i klarnetu es. Była to bardzo trafna decyzja, bo orkiestra ta mimo wielu kłopotów w swej historii przetrwała do dzisiejszych czasów. W międzyczasie przewodnictwo przejął Michał Wieciech.

         W latach 1932 – 34 rozpoczyna się budowę wiejskiego domu pod patronatem Kółka Rolniczego. Do budowy przystępuje cała wioska i pomimo panującej wtedy biedy, budowa realizowana własnymi materiałami i robocizną posuwa się szybko. Po ukończeniu jest to duży jak na owe czasy budynek, który posiada oprócz remizy strażackiej pod tym pomieszczeniem sale na zebrania, zaplecze i pomieszczenie dla Straży. W krótkim dobudowuje się jeszcze pomieszczenia na tryjer do czyszczenia zboża.

         Trudno jest dziś przedstawić dramaturgię i niesamowitość akcji pożarniczej w tamtym okresie. W gotowości bojowej utrzymano woźniców oraz czwórkę koni, dziesięciu strażaków w tym ośmiu do pompy po czterech na zmianę. W okresie letnim, szczególnie w czasie burz, konie stały w uprzęży gotowe w każdej chwili do wyjazdu. Z chwilą kiedy odezwał się sygnał strażackiej trąbki (nie było syren), woźnicą spinał dwójkę koni wsiadał na oklep na jednego z nich i pędził do remizy. Drugi z woźniców czynił to samo i po chwili obydwa zaprzęgi podpinano już do sikawki i beczkowozu. W tym czasie zbiegali się pozostali członkowie zespołu i wyruszano do pożaru. Starano się dotrzeć tam jak najszybciej, dlatego widok koni po takiej podróży przedstawiał się opłakanie. Konie te po kilku latach takiej służby nie nadawały się już do żadnej, nawet lekkiej pracy.

         W okresie letnim, szczególnie podczas żniw, działały warty nocne, które czuwały nad bezpieczeństwem ogniowym wioski. Warty te pełnili strażacy, po dwóch na zmianę, a że liczebność jednostki nie była duża, zmiany wypadały dosyć często. Z okresu tego do dzisiaj krąży anegdota dotycząca pełnienia tych wart. Do zadań pilnujących bezpieczeństwa ogniowego wioski należało czuwanie w nocy, aby w razie pożaru w porę zareagować i wezwać do akcji strażaków. W czasie jednej z wart druhowie aby nie zasnąć grali w karty, kiedy to nagle w środku nocy zjawił się komendant Michał Wieciech i zażądał meldunku z pełnionej warty, oraz usprawiedliwienia się z niedopełnienia obowiązków. Na to jeden z druhów, nie tracąc zimnej krwi, w kilku słowach poinformował komendanta, że nie ma obowiązku składać meldunku osobie cywilnej. Komendant nie miał na sobie munduru, więc chociaż mocno zdenerwowany, bez słowa odszedł . Kiedy wszystko wydawało się zażegnane i druhowie od nowa rozpoczęli grę w karty, po pół godzinie do remizy wkracza komendant w pełnym umundurowaniu i stawia strażaków na baczność, grożąc dużymi konsekwencjami za niesubordynacje i nie wypełnienie obowiązków służbowych.

         Przynależność do OSP dawała też pewne przywileje, jak chociażby zwolnienie z „szarwarku” czyli od konieczności przepracowania określonej ilości godzin w pracach publicznych. Przeważnie była to praca przy naprawie dróg lokalnych. Zobowiązanie to było administracyjnym nakazem, a po wojnie pozostawiono go przez długi okres, jako dobrą formę zmuszania ludzi do prac na cele społeczne.

 

 

         Z początkiem lat pięćdziesiątych zakup motopompy przeniósł naszą Straż w inny świat. Odmieniło to w sposób zdecydowany cały przebieg akcji ratowniczych. Można było zrezygnować z jednej pary koni i do akcji mogło jechać mniej strażaków, przez co sprawność jednostki wzrastała. Nastąpiła też zmiana naczelnika. Wybrano na to zaszczytne miejsce Ignacego Strugałę. Podczas jego działalności w latach 60 – tych zrodził się pomysł budowy Domu Ludowego i to właśnie Straż stała się najbardziej zaangażowaną organizacją w tej budowie.